ŻYCIE KULINARNEGO NOMADA

365 DNI MOJEGO ŻYCIA – IMPRESJE

26 lipca 2018 • Dodane przez

Pisząc ten tekst, siedzę w samolocie. Spoglądam przez okienko w błękit majowego nieba ponad chmurami – znów gdzieś gnam. Próbuje przypomnieć sobie maj rok temu. Tyle nowych miejsc, ludzi, zapachów i wrażeń przewija się codziennie w moim życiu!

Dojrzałe, kanaryjskie owoce mango

Wiosna minionego roku to wciąż życie w Barcelonie – codzienność w tym magicznym mieście, mimo podobnych czynności powtarzanych każdego dnia, nigdy nie przypominała zwykłej rutyny. Gdy zamykam oczy, czuje zapach włoskiej kawy na moim ulubionym placyku, tuż obok wynajętego mieszkania w dzielnicy Gracia. Zapach palonych ziaren arabica miesza się tutaj z intensywnym, słodkim aromatem kwiatków okolicznych drzew pomarańczy. Następnie przenoszę się wspomnieniami na taras naszych przyjaciół Włochów. Jedną z jego ścian stanowi bok średniowiecznego kościoła. Na tarasie mieszkania usytuowanego w historycznym sercu Barcelony, spędzamy długie godziny na rozmowach. Jednym słowem – włoskie dolce vita w akompaniamencie rarytasów rodem ze słonecznej Italii oraz najlepszych włoskich i francuskich win.

Co dalej? Rześki poranek, zwiastujący upalny, sierpniowy dzień. Budzi mnie wesołka melodyjka – w podlaskiej wsi, 4 km od granicy z Białorusią, nie ma sklepu. Codziennie rano zaopatrujemy się w chleb i wiejskie jajka sprzedawane przez sympatycznego kierowcę sklepu na kółkach. Chleb jest niesamowity – ogromny, prostokątny żytni bochen na zakwasie jest idealny, najlepiej smakuje z samym masłem. Chrupiąca skórka i kwaśne wnętrze – tak dobrego chleba nie ma nigdzie indziej na świecie. Z wakacji na wschodzie wracamy przez Mazury. Drogami ciągnącymi się pomiędzy łąkami i jeziorami docieramy do restauracji, będącej częścią malowniczego folwarku. Bliny z dodatkiem pokrzyw, świeże ryby z okolicznych jezior, wiejska, tłusta śmietana , perfekcyjnie kremowy sernik z jagodami, sielankowa atmosfera folwarku – czuję, że mogłabym zostać tu na dłużej.

Koniec września – podczas gdy w Polsce rozpoczyna się chłodna jesień, ja siedzę na dachu budynku pod rozgwieżdżonym niebem na Teneryfie. W nocnej ciszy wyławiam odgłos spadającego na ziemię, dojrzałego mango. Niezawodnie rozpoznaję ten właśnie charakterystyczny dźwięk – już nie raz go słyszałam, drzewa w ogrodzie uginają się pod ciężarem tych soczystych owoców. Do moich nozdrzy dobiega słodki zapach guawy – odkąd spróbowałam różowego soku z miąższu tego owocu kilka lat wcześniej na Kubie, nie pomylę tego zapachu z żadnym innym. I ten właśnie aromat wyczuwam w pierwszym łyku półwytrawnego, białego wina, o mocnych nutach owoców tropikalnych, które próbuję podczas święta wina odbywającego się w przeddzień Andrzejek w Icod de Los Vinos na Teneryfie.

Chowam się we wnętrzu przytulnej lizbońskiej kawiarenki przed strugami marcowej ulewy. A tam czeka na mnie przepyszna kombinacja maślanego smaku ciasta francuskiego, kremowej konsystencji nadzienia i nutki karmelowego smaku mocno przypieczonego budyniu. Pastel de nata – w to deszczowe popołudnie smakuje mi bardziej niż kiedykowiek wcześniej. Wysiadając z autobusu w Matosinhos, nadoceanicznym miasteczku pod Porto, wiem że cel mojej podróży jest już blisko. Jeszcze nie widzę, ale już kręci mnie w nosie intensywny dymny zapach. Każdego wieczoru restauratorzy wystawiają grille przed miejscowe lokale, na których już skwierczą ryby i owoce morza z porannych połowów. Tego wieczoru próbuje jednej z najlepszych ryb w moim życiu.  Kwietniowe słońce praży w najlepsze, a ja czuje w ustach kwaskowatość zielonego jabłka, a na podniebieniu delikatne bąbelki. Schłodzonym Vinho verde popijam lunch – świeże sercówki, duszone w czosnku i kolendrze.

Wraz z chłodnym, majowym powietrzem wciągam w płuca znajomy zapach, który przywołuje dobre wspomnienia. Zapach jakby pieczonego chleba na ognisku, a w rzeczywistości – dymu, wydobywającego się z komina destylarni whisky. W Glasgow mieszkałam przez rok podczas studiów i codziennie, wychodząc z domu w stronę parku czułam ten zapach. Teraz jestem tu znów i ten charakterytyczny zapach cofa mnie w czasie o pięć lat. Wysysam z muszli smak oceanu i w wyobraźni przenoszę się na burzliwe szkockie wybrzeże. Ostrygi, które jem nie pokonały długiej drogi – zostały zebrane kilka godzin wcześniej w okolicznej zatoce. Są perfekcyjnie świeże, przyjemnie słone i orzeźwiające w smaku – żywioł oceanu miesza się ze słońcem pod postacią kropli soku cytryny. Szkockie owoce morza nie mają sobie równych.

Znów siedzę w fotelu w samolocie i dociera do mnie, że już w przyszłym miesiącu czeka mnie długa podróż. Pora na Wschód – ten daleki, pociągający intensywnymi zapachami, obcymi smakami i zdumiewającą egzotyką.

Tekst napisany w maju 2018 r.

Podlaska wieś

Bliny gryczane z pokrzywą, Mazury

Plaża Las Teresitas, Teneryfa

Pastel de nata, Portugalia

Sztuka uliczna, Glasgow, Szkocja

Świeże ostrygi, szkocka zupa Cullen Skink i pasztet z makreli, Loch Fyne, Szkocja