ŻYCIE KULINARNEGO NOMADA

WODOSPADY, DŻUNGLA, JADOWITY WĄŻ I LOKALNA KAWA – ZWIEDZAMY OKOLICE CHIANG MAI

24 listopada 2018 • Dodane przez

Dzisiejszy post jest bardziej z serii tych krajoznawczych niż typowo kulinarnych. Chociaż jak się okazuję, nawet w dżungli można natknąć się na różne pyszności!

W wiosce Karenów napiliśmy się lokalnie uprawianej kawy

Niedzielny wyjazd wyszedł nam dość spontanicznie, w sumie do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, jaki dokładnie jest rozkład wycieczki. Ostatecznie rozpoczęliśmy od wizyty w kompleksie buddyjskich świątyń, usytuowanym w odległości zaledwie 10 km od najwyższej góry Tajlandii – Doi Inthanon (2565 m n.p.m.). Na górze było dość chłodno (20 stopni) co było przyjemną odmianą dla upałów panujących w Chiang Mai.

W okolicach szczytu, po drodze do naszego następnego punktu programu, zatrzymaliśmy się na lokalnym targu. A tam… same pyszności! Po sprawnych zakupach, wybraliśmy się na trekking po dżungli z przewodnikiem z górskiego plemienia Karenów, zamieszkującego rejony północnej Tajlandii i Birmy. Oczarowani piękną przyrodą, ogłuszeni bardzo głośnymi dźwiękami wydawanymi przez liczne insekty, wśród gęstej zieleni, ledwo dostrzegliśmy węża. Powiedziałabym – niepozornego, ale minęłabym się z prawdą. Chociaż mały, był jaskrawo zielony… i jadowity, o czym poinformował nas nasz roześmiany przewodnik. Zdjęcia nie mamy, bo z oczywistych względów oddaliliśmy się dość szybkim krokiem od miejsca odpoczynku węża. Idąc dalej, minęliśmy wspaniały wodospad, uprawy truskawek na niewielkiej polance wśród ciemnej gęstwiny dżungli, dziko rosnący pieprz i drzewka kawy.

Po godzinie dotarliśmy do wioski Karenów, gdzie tradycyjnie ubrana pani (nie wyglądało mi to na strój codzienny, a raczej “roboczy”, ku uciesze turystów – nie wnikam, każdy przecież musi jakoś zarabiać) zaserwowała nam własnoręcznie zebraną i zmieloną kawę. Z ciekawostek przyrodniczych – na okolicznym krzaku dostrzegliśmy pająka większego od mojej dłoni (jak to dobrze, że nie boję się pająków). Ale on był raczej przyjaźnie nastawiony, niejadowity.

Wracając do Chiang Mai zatrzymaliśmy się jeszcze przy malowniczym wodospadzie (Wachirathan Waterfall) o imponującej wysokości 25 metrów. W restauracji obok wodospadu zjedliśmy lunch złożony z lokalnych przysmaków. Moim faworytem okazała się sałatka Larb – danie tradycyjnie północno-tajskie. Niech Was nie myli określenie “sałatka” – potrawa składa się głównie ze smażonego, mielonego mięsa wieprzowego, doprawionego aromatycznymi przyprawami, chili i kwaśnym sosem. Pycha!

To był cudowny dzień! Uwielbiam miasto Chiang Mai za to, że jego dogodna lokalizacja pozwala na takie jednodniowe wypady na łono przepięknej, tajskiej natury.

Piękna przyroda Północnej Tajlandii

Pani z plemienia Karen zaserwowała nam pyszną, lokalną kawę

Miód na lokalnym targu – skusiliśmy się na słoiczek

Pająk wielkości mojej dłoni – podobno przyjaźnie nastawiony (niejadowity)